7 czerwca 2016

VII Mistrzostwa Polski w DogTrekkingu - Sanok


   28 maj 2016 - debiut w DogTrekkingu organizowanym przez dogtrekking.com.pl. Ta wyczekiwana sobota rozpoczęła się całkiem przyjemnie. Pobudka o 4 rano, by o 5:30 wyruszyć z rodzinką ku przygodzie w Sanoku. Serio... Gdyby ktoś wcześniej mi powiedział, że będę jechać kilkadziesiąt kilometrów i płacić kilkadziesiąt naszych polskich złotówek za spacerek, to bym mocno się zaśmiała i popukała w czółko. Teraz ten spacerek stał się pasją :D

   Podróż mijała bardzo sprawnie i bez niespodzianek. W Rzeszowie postanowiliśmy zwiedzić sobie rondo (oglądał ktoś film W krzywym zwierciadle: Europejskie wakacje? Tak to wyglądało :D). Chwilę po minięciu stolicy podkarpackiego mocno odczuliśmy różnicę ciśnienia. Krowa jak na haju, a my od czasu do czasu chwilowo półgłusi. Widoki PRZEPIĘKNE. Doliny, pagórki, pola, lasy... No miastowa się zachwyca zawsze :( Widząc większą łączkę wzdychałam tylko "ale by Bubuś biegał...". Gdy na horyzoncie pojawił się Merrelowsko-Podkarpacko-Fitminowski tunel balonowy poczułam dreszczyk emocji :D Przejechaliśmy przez San wąziutkim mostem i sprawnie zaparkowaliśmy na prawie pustym parkingu. Byliśmy około godzinę przed planowanym startem. Standardowo zapisałam się na najkrótszą trasę - 14km. I Bogu dzięki... Skwar niesamowity, niebo bez chmur, a Brida ma na sobie siodełkowe juliusy... Ale tak to jest gdy najpierw przyjdą za małe szelki, a potem te dobre nie dojdą na czas :( Przegląd weterynaryjny i samo przygotowanie do startu przeszło raczej spokojnie. Najgorzej było na 10 minut przed ruszeniem. Rodzinka wybierała się na zwiedzanie Sanoka, a Bri stwierdziła, że chce iść z nimi. Nerwy, szarpanie (a weź utrzymaj tę zołzę na szelkach!), krzyk (stałyśmy przy samych głośnikach) - już wtedy zaczynałam marudzić na wszystko :P


   I ruszyliśmy! Sprawnie starałam się przesunąć na prawą stronę, by pies mnie nie porwał do samochodu. Było na tyle duże zamieszanie, że dopiero jak wbiegłyśmy na polany Brida zdała sobie sprawę, że coś jest nie tak i właśnie w tym miejscu Krowa stała się Osiołkiem. Po kilku namowach ruszyłyśmy dalej. Mnóstwo osób przed nami więc na razie pędzimy i nie patrzymy na mapę, bo po co? :) Pierwszy strumyk pokonany i pierwsza przerwa na pojenie i chłodzenie łapek. Chwila dla fotoreporterów i możemy ruszać dalej. Zaczął się niemiły trucht po rozgrzanym asfalcie, jednak tylko przez jakieś 200m. Wciąż trzymałam się ludzi przed sobą, wierząc w to, że wiedzą jak trasa prowadzi. Przeszliśmy pole, mały lasek, bagno, między gałęziami powalonego drzewa... Nie no, mówili, że będzie to trudna trasa, ale żeby aż tak?! Wchodząc w pokrzywy zaczęłam się zastanawiać czy to jest dobra droga. Ale przecież widzę, że wydeptane, psie ślady są, no to idziemy. Gdy dotarłyśmy do wzniesienia, na którym stało kilkadziesiąt osób z psami zadałam nareszcie to wyczekiwane pytanie: "Czy ktoś wie gdzie idziemy?" - "NIEEE" :D Totalnie na dziko weszliśmy po prawie pionowej ścianie z ostami, krzakami i pokrzywami. A co, jak się bawić to się bawić. Ostatecznie wyszliśmy na tą samą drogę asfaltową i wcale nie straciliśmy na dystansie, jedynie na czasie... Ale jaki to był surwiwal :D


   Pierwszy punkt kontrolny był fenomenalny. Cerkiew Świętej Trójcy i cudowny widok na pobliskie górki. Chwila odsapnięcia, ponowne nasączenie juliusów chłodną wodą, pozowanie dla TVP 3 (które i tak się nie pojawiło w reportażu) i lecimy dalej. Powiadam ja wam.. Taki skwar, że zaczęłam wątpić w sens dalszej wędrówki. Na duchu utrzymywał mnie fakt, że teraz będziemy biegać po lesie. Tsa :D Zaczęły się interwały. Pod górkę i z górki, chwilunia przerwy w miarę płaskiej drogi i powtóreczka. Myślałam, że nie dam rady, Brida natomiast dzielnie starała się trzymać jako takie tempo. Jedno wzniesienie było strasznie strome a Krowa stwierdziła, że sobie mnie wciągnie na górę. A co :) Ona mnie wykończy. Przecież oczywistym było, że jej nie pozwolę na taki wysiłek i mimowolnie musiałam przyśpieszyć. Cwana jędza. Większość trasy polegała na pełzaniu na górkę i zbieganiu. Co jakiś czas drzewa się przerzedzały, a oczom ukazywał przepiękny krajobraz. Aż żal, że aparat zabrali rodzice :( "Był już krzyż?", "gdzie jest krzyż?" rozbrzmiewało po lesie. Prawie jak Warszawa kilka lat temu, a to tylko poszukiwania kolejnego punktu kontrolnego. Dotarł do nas głos "jeszcze tylko kilka metrów! Witamy pierwszych!". Ale jak to pierwszych? Ja tu jeszcze połowy nie pokonałam, a tu o... Docierając do bufetu w głowie miałam tylko jedno - oby mieli jakieś cytrusy. Modlitwa została wysłuchana i po spisaniu hasła oraz napojeniu psiska wyłapałam dwie ćwiartki pomarańczy.


   Trasa po lesie była dosyć monotonna. Tak jak wcześniej: pod górkę i z górki, przerzedzenie drzew, potknięcie o korzeń, spojrzenie na mapę, "daleko jeszcze?". Byłyśmy już na półmetku, teraz już będzie z górki :) Yhy, to było takie z górki, że psy wraz z ludźmi zjeżdżały z ziemią. Palce stóp bolały od napierania na but, a Osiołek znów stwierdził, że nigdzie nie idzie. No trudno, napojenie, zmoczenie szelek, chwila przekonywania i człapiemy dalej. Cudownie zachowywała się przy towarzyszącym nam owczarku niemieckim - jest progress :D Gdy nareszcie zeszliśmy z tej nieszczęsnej góry, o mały włos nie przegapiłam punktu kontrolnego. Gdyby nie przemiła pani, która powiedziała, że jest za krzyżem (znowu krzyż?) to pewnie gnałabym dalej. Teraz zaczęła się przyjemniejsza część trekkingu - truchcik po utwardzonej drodze w cieniu drzew.

fot.: Maxmiliano De Suza
   Ostatnia prosta, Bridziak rozpoznał teren i RAKIETA. Samochód, rodzinka, pić, jeść, babo szybciej nooo! Dobiegając do mety słyszeć było doping prowadzącego o ostatnich metrach, o naszej wygranej z tą trasą. Co z tego skoro mój pies ma w głowie tylko bieg do samochodu i nie pozwala mi nawet oddać karty z hasłami i mapy :P Nie miałam już sił i musiałam klęknąć by ją utrzymać. Dobiegłyśmy jako siedemnaste z czasem 2:47:13. Krowa dzielna jak zawsze. Myślałam, że nie damy rady, a jednak poszło całkiem dobrze - jak zwykle to moja kondycja zawaliła :)